|
Cierpienia młodego menera czyli o konkursach na wesoło
Szkolenie psa wymaga wiele wysiłku i poświęceń. Czas który przeznaczyłem na edukację Irona miał procentować w dwojaki sposób. Przede wszystkim mieliśmy stworzyć duet który będzie się rozumiał wykonując określoną pracę. Po drugie chciałem się przekonać że nie zmarnowałem psa i swojego czasu. Miałem nadzieję że lektury, konsultacje z doświadczonymi przewodnikami pozwoliły mi przekuć teorię w praktykę. Jedynym miejscem gdzie można to sprawdzić jest konkurs pracy psów myśliwskich. Ponadto jest to doskonałe szkolenie. Pies otrzymuje w ciągu kilku godzin to na co większość z przewodników - amatorów musi poświęcić kilka dni. Psia musztra w pigułce, wizyta w zagrodzie dziczej i profesjonalnie ułożony trop. Oczywiście wcześniej pies miał już możliwość trenowania tych elementów inaczej zgłoszenie psa na konkurs byłoby „samobójstwem”.
Nieposłuszny gwizdek czyli nasz pierwszy konkurs.
Na pierwszy nasz wspólny konkurs pojechaliśmy do Manowa. Poprzedniego dnia spóźniłem się kilka minut na wystawę w Warszawie więc mój nastrój był ogólnie mówiąc średni. Trema połączona ze zmęczeniem daje mieszankę wybuchową. Jeżeli dodam, że przed pierwszą konkurencją, posłuszeństwem mój gwizdek uległ awarii to chyba zrozumiecie że byłem bliski dezercji. Z pożyczonym „narzędziem” (Bary dziękuję raz jeszcze) ruszamy w bój. Chodzenie na smyczy między drzewami poszło dobrze, odwołanie psa biegającego luzem również nie przysporzyło problemów. Kiedy odbierałem kartę ocen sędzina zadała pytanie którego nigdy nie zapomnę: „To jest Wasz pierwszy konkurs, prawda?” i nie czekając na odpowiedź dodała „Widać, po panu, nie po psie”. Zagrodę Iron zaliczył świetnie. Tropienie którego bardzo się obawiałem również. Pierwszy konkurs i pies wygrywa. Przed startem marzyłem o dyplomie I stopnia na zwycięstwo nie byłem przygotowany pod żadnym względem. Tak właśnie połknąłem konkursowego bakcyla.
Trop który nie miał końca
Dwa tygodnie później w Komornie, dwa dni przed klubową wystawą, odbył się konkurs dzikarzy dla Ogarów i Gończych Polskich. Znałem już kilku przewodników i ich psy więc stawiłem się rozluźniony. Jestem już „starym wygą” bo to drugi konkurs w którym startujemy z psem. Posłuszeństwo okazało się niespodzianką. Przewodnik musi wrócić do stanowiska sędziowskiego z psem przy nodze.... ale pies musi iść luzem. Znowu nerwy i strach. Przecież tego jeszcze nie ćwiczyliśmy. Najpierw spacer z psem na smyczy, później na znak sędziów zwalniam psa. Iron wpada w kępę olszyn i ginie mi z oczu. Pora go odwołać. Na dźwięk gwizdka natychmiast się pojawia ale robi koło i w spokoju załatwia swoje potrzeby fizjologiczne. Tego jednak sędziowie nie biorą pod uwagę przy ocenie. Wracamy po kartę ocen. Pies idzie przy nodze bez smyczy, nie ucieka, nie wyprzedza mnie. Jestem zaskoczony i zadowolony jednocześnie. Praca w zagrodzie przebiegła bez niespodzianek. Jednak tropienie zaskoczyło mnie i psa. Iron zszedł z tropu co mnie zdziwiło bo trzymał bardzo ładnie. Poprawił i ruszyliśmy dalej. Przy drodze pies zaczyna się kręcić w miejscu i patrzy na mnie zdziwiony. Po chwili zaczyna szczekać w kierunku ludzi idących drogą. Czuję się zagubiony. Zagadkę pomaga rozwikłać sędzia. Pomyłkowo dzik został zaniesiony na sąsiednią ścieżkę - to w tym kierunku pies szczekał. Kończymy z dyplomem I stopnia, nowymi znajomościami i wspomnieniem fantastycznej atmosfery.
Koń jaki jest każdy widzi
W maju w naszym sąsiedztwie odbył się I Regionalny Konkurs Pracy Dzikarzy. Piękne tereny i majestatyczny budynek Technikum Leśnego w Goraju zgromadził wielu przewodników. Tradycyjnie już posłuszeństwo przysporzyło nam pewnych kłopotów. Tuż obok stanowiska sędziowskiego czekała bryczka zaprzężona w dwójkę koni. Po zaliczeniu konkurencji mener wraz z psem był odwożony pod zagrodę dziczą. Już w czasie chodzenia na smyczy Iron był wyraźnie zainteresowany końmi. Kiedy spuściłem go ze smyczy natychmiast pobiegł do bryczki i zaczął „obrabiać” konie. Oto posłuszny pies. Byłem przekonany że jest już na etapie w którym wszelkie komendy jego nie dotyczą. Jednak po serii krótkich gwizdków z małej odległości i stanowczemu: „do mnie” pies wrócił. Praca w zagrodzie w której czekało 5 niezwykle zadziornych przelatków sprawiła kilku psom spory problem. Iron namierzył dziki w pierwszej minucie. Prawdziwy popis dał jednak kiedy sędziowie poprosili abym podszedł i odwołał psa. Poczuł że nadeszły posiłki i zabrał się jeszcze zacieklej do pracy. Był wszędzie. Ja natomiast starałem się być tam gdzie on. Wyglądało to na tyle komicznie że korona stojąca przy zagrodzie biła brawo. Do dziś nie wiem z jakiego powodu: pracy psa czy mojej bezsilności? Dopiero kiedy zostawiłem go samego z dzikami i odszedłem przywołując gwizdkami przybiegł do nogi. Byłem wyjątkowo zmęczony. Kiedy opuszczaliśmy zagrodę padał deszcz. Tropienie nie zapowiadało się łatwo. Jednak Iron w swoim stylu rusza zdecydowanie. „Widać że wie o co chodzi” - usłyszałem od sędziów. No i zapeszyli. Mijamy drugie łoże i pies schodzi z tropu. Naprowadzam go ponownie starając się uspokoić jego podniecony nos. Rusza jednak schodzi w tym samym miejscu i doprowadza mnie do sąsiedniej ścieżki. Dostajemy zasłużoną reprymendę, na którą zasłużyłem w pełni. Nie powinienem pozwolić aby pies doszedł do sąsiedniego tropu. Miałem świadomość że kolejnej próby może już nie być. Jednak udało się, pies doprowadził mnie do dzika. Przemoczony wracam na gorący posiłek. Iron tym razem na głodnego - nie zasłużył. Na 20 zgłoszonych psów konkurs w Goraju ukończyło tylko 9. Jako jedyny GP Iron znalazł się w tej grupie. Po takim chrzcie bojowym zmiękłem - w domu była miska dla burka.
Bułka z masłem
Do Przechlewka na majowe konkursy dzikarzy i tropowców dla Ogarów i Gończych jechałem spokojny. W trudnych warunkach w Goraju pies dał sobie radę to w Przechlewku po tygodniowym kursie powinno być idealnie. Jak zwykle posłuszeństwo okazało się moją „piętą Achillesową”. Aby uspokoić psa poszedłem go napoić no i przegapiłem moment w którym nasz numer był wywoływany. Sędziowie zgodzili się abyśmy zaliczali jako ostatni. Odłożenie ćwiczyliśmy dopiero na kursie, znowu trema i strach czy się uda. Pies zrobił swoje i w pełnym słońcu ruszyliśmy na trop. Kiedy zgłaszam sędziom psa do konkurencji tropienie Iron czeka odłożony w cieniu sosnowego młodnika. On potrafi mnie zadziwić. Czasami zachowuje się tak jakby wszystko wyssał z mlekiem matki a to ja uczę się jak z niego to wydobyć. Zestrzał długo obwąchuje i potem rusza w ekspresowym tempie. Wręczający mi kartę ocen sędzia komplementuje psa: „Tak szybko i tak dokładnie. To się rzadko zdarza.” Spocony, ze złomem w kapeluszu wracam przez sosnowy las. Spokojny i zadowolony. Zagroda to przecież „bułka z masłem”. Bułka miała zakalec a masło było zjałczałe - Iron nie odnalazł dzików w regulaminowym czasie. Kończymy zatem z dyplomem I stopnia z tropowców i nieukończonym konkursem dzikarzy.
Klucz do sukcesu
We wrześniu odwiedziliKrzysztof Flajszermy Jary / k Obornik Śląskich. Konkurs dzikarzy odbywa się tam w pięknym miejscu - przy kwaterze myśliwskiej w sercu lasu. Zagroda natomiast uchodzi za jedną z trudniejszych w Polsce. Od rana pies wyjątkowo niesforny. W czasie zbiórki próbuje zaczepiać swojego sąsiada - jagdteriera. Ten oczywiście nie pozostaje dłużny więc psia pyskówka gotowa. Pora stanąć w konkursowe szranki. Zgłaszam psa sędziom a on udowadnia że sprawdzian posłuszeństwa jest mu bardzo potrzebny. Krótka i zdecydowana reprymenda przywraca go do porządku. „Jak chce potrafi być usłuchany” kwituje sędzina oddając nam kartę ocen. Wchodzimy do zagrody. Tam jak w dżungli: gęste, wysokie trzciny, podmokły teren poprzecinany wieloma rowami, olszyny i miejscami jeżynowy podszyt. Rzeczywiście zagroda do łatwych nie należy. Pies zwolniony z obroży natychmiast ginie w gęstwinie. Po chwili słychać miarowy oszczek przesuwający się raz w lewo innym razem w prawo. Był 13 minut przy dzikach nie odpuszczając na moment. Kiedy sędziowie pozwolili mi go odwołać wrócił zmęczony ale radosny. Nauczyłem się że aby odwołać go od dzików nie mogę iść w jego kierunku tylko stojąc w miejscu daje sygnał gwizdkami. Przed tropieniem muszę go napoić. Zaczyna się robić ciepło. W samochodzie zawsze jeździ z nami pięciolitrowy pojemnik z wodą i miska. Obok naszego samochodu przechodzi jakiś pies, któremu Iron daje znać że to jego terytorium i będzie go bronił. Ja zrzucam niepotrzebne warstwy ubrania i szykuję ekwipunek do tropienia. Odwracam się aby uspokoić psa i w tym momencie drzwi samochodu zamykają się. Pies i ja na zewnątrz a w aucie otok i kluczyki. Pomyślałem że dla nas konkurs się skończył. Jednak przy pomocy nowych kolegów (dziękuję raz jeszcze) i kawałka drutu udało się otworzyć samochód. Większej dawki emocji nie mogłem sobie zafundować. Na trop ruszam więc zupełnie rozluźniony. Przecież limit pecha już wyczerpałem. Iron rusza a ja w pełni zdaje się na jego nos. Opłaciło się. Pies szybko i co ważne dokładnie wypracowuje trop doprowadzając do dzika. Zdobywa dyplom I stopnia i kończy konkurs zajmując 3 miejsce. Jestem szczęśliwy i zmęczony a przed nami 250 km podróży do domu.
Złamana kariera
Międzynarodowy Konkurs Dzikarzy im. dr J. Osseta w Przechlewku. Konkurs prestiżowy, z pełną oprawą i piekielnie trudny. Jadę pełen nadziei. Nie tylko na udany występ psa, ale także na spotkanie z wybitnymi przewodnikami, na rozmowy w czasie uroczystych kolacji no i na spotkanie z przyjaciółmi. Czuję emocje i lekkie podniecenie. Takie zachowanie udziela się psu więc trzeba je tłumić. Losuję numer 7, pracę rozpoczniemy szybko. Posłuszeństwo jak zwykle zaskakuje. Trzeba psa wysłać w lewo i odwołać, potem w prawo i odwołać. Następnie chodzenie między drzewami. Wszystko oceniane skrupulatnie i surowo. Pies zalicza bardzo dobrze choć czekanie na swoją kolej zdawało się nie mieć końca. Numery od 1-20 pierwszego dnia zaliczają trop, w zagrodzie tego dnia pracują psy z numerami od 21 wzwyż. Ruszamy więc na ścieżkę tropową. Numer 7 - wzywają sędziowie. Po zgłoszeniu do konkurencji odkładam psa a sam sprawdzam zestrzał. Potem zmiana obroży i ruszamy. Początkowo pies idzie spokojnie ale po ok. 150 metrach przyspiesza i do końca prowadzi w swoim tempie. Sędziowie zostają z tyłu a pies już przy dziku. Ścieżka zaliczona więc zasłużyliśmy na obiad - dzik pieczony w chlebie. Po południu zaliczyliśmy małą przechadzkę bo praca w zagrodzie dopiero następnego dnia. Podczas kolacji humor dopisuje, wszystkie zgłoszone GP zaliczyły swoje konkurencje z bardzo wysokimi ocenami. Jutro zagroda, na sen zostało mi mało czasu. Pokój dzielę z kolegą Pawłem i Moczarem Ziębowe Wzgórze jego GP. Nasze psy nie tolerują się a brak drzwi nie pozwala zostawić ich samych. Iron śpi w samochodzie ja w łóżku. Dźwięk trąbki każe wstawać z łóżka i ruszyć na poranny spacer. Chłodne powietrze po wieczornych „rozmowach” działa równie orzeźwiająco jak prysznic. Wracamy do samochodu i nagle pies zaniepokojony czyjąś obecnością przy aucie gwałtownie przyspiesza a ja na mokrej trawie ślizgam się i upadam. Ból nogi jest potworny a obrzęk pojawia się natychmiast. Po śniadaniu wizyta w szpitalu (Haniu dziękuję za pomoc) - noga złamana a lekarz zakłada gips. Środowisko gończarzy to ludzie którzy w każdej sytuacji mogą na siebie liczyć. Właśnie dlatego bez obaw zostawiłem psa wśród przyjaciół. Iron zaliczył zagrodę ale podenerwowany sytuacją pracował bardzo chaotycznie. Znajduje dziki jednak odpuszcza. Jest oceniony i kończy konkurs z dyplomem II stopnia. Tym razem mój pech przeszkodził psu. Wieczorem przy kolacji w gronie „gończych ludzi” świętujemy dobry występ naszych psów. W pierwszej piątce są 3 Gończe Polskie, a jako jedyna rasa wszystkie zgłoszone ukończyły konkurs uzyskując dyplomy. W ten sposób zakończyliśmy sezon. Dopiero z końcem listopada uwolniłem nogę z gipsu.
Epilog
Mam nadzieję że każdy po przeczytaniu tych wspomnień zyska przekonanie że konkursy to nic strasznego. Czy można wyobrazić sobie więcej „przygód”? Nie wszystkie opisałem. Gończe to psy które menerowi wybaczają jego błędy, pod tym względem Iron jest wyjątkowym psem. Zastanawiam się czy w nadchodzącym sezonie zgłoszę psa do jakiegoś konkursu. Po takich przejściach raczej nie powinienem ryzykować. Jednak kiedy patrzę w oczy psa już wiem że nie będę potrafił mu odmówić. Konkurs jest dla psa, nie po to żeby coś zdobyć. Dzięki zrozumieniu tej prawdy każdy start traktuję jako dobrą zabawę i spotkanie towarzyskie. Tak więc do zobaczenia na konkursowym szlaku.
Darz Bór
© Krzysztof Flajszer
|